Nie tylko o literaturze

Kiedyś jedna książka była warta tyle, co cała wioska. Pisanie lub przepisywanie tekstu odbywało się ręcznie, a czynnością tą trudnili się najczęściej mnisi. Stąd właśnie wzięło się znane wszystkim określenie: benedyktyńska praca. Ponadto papier nie był w Europie materiałem powszechnym. Stosowano więc specjalnie garbowane skóry, które też do najtańszych nie należały.

Przede wszystkim jednak tylko nieliczna część społeczeństwa w ogóle potrafiła pisać i czytać, a jeśli już, to było to na poziomie niewystarczającym do zrozumienia „mądrości” zawartych w tekstach ksiąg. W tych prymitywnych jeszcze czasach posiadanie książek i w ogóle możliwość zgłębiania się w ich treść była przywilejem dostępnym tylko dla niektórych. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy to Jan Gutenberg zbudował pierwszą maszynę drukarską. Z biegiem czasu spod drukarskiej prasy wychodziło coraz więcej książek, które siłą rzeczy stawały coraz tańsze i coraz bardziej dostępne. Dziś zarówno księgarnie stacjonarne, jak i internetowe, antykwariaty czy tradycyjne giełdy pełne są najróżniejszych dzieł. To zarówno specjalistyczne podręczniki akademickie, tomy poezji bardziej lub mniej znanych autorów, literatura numizmatyczna czy bajki dla dzieci. Jedne książki wydawane są w wielomilionowych nakładach, a żeby znaleźć inne trzeba się niekiedy naprawdę natrudzić. Produkcję literatury, jak każdego w zasadzie dobra determinują bowiem prawa ekonomii. Wszystko zależy od aktualnego zapotrzebowania i sum, jakie można na danym tytule zarobić, a także od mody czy świetności danego dzieła. To dlatego Harry Potter albo znane tytuły klasyczne dostępne są w niemal każdej księgarni, a pozycje niszowe czasem naprawdę ciężko dostać.

Mimo ogromnego dostępu do książek w obecnych czasach zaobserwować można jednak zjawisko spadku zainteresowania czytelnictwem. Nasza epoka charakteryzuje się bowiem bujnym rozwojem technologicznym ze wszystkimi jego dobrymi, jak i złymi następstwami. Zmienia się tryb życia całych społeczeństw. Z jednej strony żyjemy coraz szybciej i nie mamy czasu na czytanie, a z drugiej ulegamy lenistwu i wygodzie. Rozrywka serwowana przez telewizję czy rosnący ciągle w siłę Internet jawi się znacznie prostsza i bardziej przystępna. Dlatego paradoksalnie w warunkach powszechnej edukacji i postępu technicznego nie jest rzadkością tak zwany analfabetyzm wtórny. Nie brakuje ludzi, którzy w życiu nie przeczytali niemalże żadnej książki albo, którym przyswojenie ze zrozumieniem większej partii tekstu sprawia trudności. Już w szkołach zamiast lektur czyta się streszczenia czy inne opracowania, nierzadko kiepskiej jakości. Wspomnieć jeszcze można o „liberalnym” stosunku do gramatyki czy ortografii, czego najgorszym ukoronowaniem jawią się tak zwane „pokemonizmy”.

Nie ma sensu podważać postępu technicznego, a tym samym wielkiego zwiększenia się dostępności do książek i w ogóle do edukacji. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że nie wszystko w naszych czasach jest pod tym względem ideale. W każdym razie oczytanie czy znajomość reguł języka polskiego świadczy o człowieku, a niejeden przedstawiciel starszego pokolenia, który walczył m.in., by „nie dać pogrześć mowy” z pewnością nie spodziewał się jak niski będzie poziom intelektualny znacznej części kolejnych generacji.